SZUKANIE WSPÓLNEGO GRUNTU

Pierwsze chwile rozmowy z nieznajomym są poszukiwania mi wspólnego gruntu wspólnych zainteresowań, przekonań przeżyć. Kiedy wspólny grunt jest szczupły, najlepsza wola nie na wiele się zda: „Przez dwie godziny więc zanotował Żeromski w swoim dzienniku całujemy się z Helenką. Spacery wszelkie z nią nudzą mnie piekielnie. Czasami dałbym ostatnią dyskę, aby mi kto szepnął do ucha, co z nią zajmująco mówić dalej. Bawienie się rozmową, dowcipne rozmowy, ucinkowe dwuznaczniki są na dwa wieczory, później nudzą piekielnie…” Poszukując wspólnego gruntu, niech inicjator rozmowy pomni cytuję Łukasza Górnickiego z XVI w. „z kim co mówić ma, aby z uczonym o księgach, a z żołnierzem o wojnie rzecz prowadził”. Gdy rozmawiamy ze znajomym lub z kimś, o kim coś nie coś wiemy, staramy się dać mu okazję do mówienia o spra wach, o których lubi mówić; podsuwamy treści, które go porusza ją. A jeśli nie jest człowiekiem o szerszych horyzontach, jedynym tematem jest on sam i jego najbliżsi, jego ambicje i konflikty bolączki i nadzieje, sympatie i antypatie…

NAWIĄZANIE DO SYTUACJI

Jeśli oceniasz sytuację jako sprzyjającą rozmowie (i jeśli masz na nią ochotę), to nie odkładaj startu. Chłód obcości narasta wraz z przeciąganiem się milczenia. Najbardziej naturalne jest nawiązanie do* aktualnej sytuacji: do tego co stoi na stole, do tego co się dzieje, do tego czego razem oczekujemy. Na przykład. W pociągu: „Już powinien ruszyć…” Na imieninach: „Solenizantka musiała parę dni przygotowywać tę kolację…” W czasie przerwy w obradach: „Co pan sądzi o tym ostatnim referacie?” Osoba pośrednicząca w zawarciu znajomości może i powinna ułatwić start: „To Marcin, który dopiero co wrócił z długiego pobytu w Bieszczadach”.

TRUDNOŚCI STARTU

Przechodniu, jeśli mijając mnie masz ochotę pogadać, dlaczego milczysz? I dlaczego ja nie miałbym z tobą pogadać?”

(Walt Whitman)

Amerykański poeta Walt Whitman zwracał się tymi słowy do przechodnia na ulicy, ale przecież bywa tak, że trudno zacząć rozmowę nawet z gościem w mieszkaniu przyjaciół. Dlaczego? Z powodu zbytniej delikatności („nie chcę przeszkadzać”), niemądrej ambicji („nie chcę się narzucać”), nieśmiałości („oj I”) i nieumiejętności wystartowania („co mu powiedzieć?”). Stara to prawda we wszystkim najtrudniejszy jest początek. Typowe były przeżycia pewnego studenta na praktyce: „Chciałem zbliżyć się do robotników, ale nie umiałem odezwać się. Przy obiedzie obmyślałem różne zagajenia rozmowy, ale kończyło się na tym obmyślaniu, bo żaden pomysł nie wydawał mi się właściwy. Im dłużej rozważałem, co powiedzieć, tym trudniejsze stawało się powiedzenie czegokolwiek. A oni spode łba na mnie spoglądali i pewnie byli przekonani, że nie uważam ich za równych, za godnych rozmowy.” Nieumiejętność startu utrudnia zawieranie znajomości. A szkoda, bo nowo poznani często pobudzają umysł silniej niż starzy przyjaciele, bo ciesząc się ze swego „odkrycia” nieraz „szerzą naszą sławę”, bo od nowych znajomych dowiadujemy się nowych rzeczy. Warto więc wyrobić sobie łatwość nawiązywania kontaktów. Spontaniczność daje się zastąpić wprawą i szczyptą wiedzy. Przedstawiam tę szczyptę.

Szturm do rozmowy

Jeśli nie obawiamy się, że zawiedzie poczucie humoru naszych gości, i jeśli sądzimy, że wobec poniesionych trudów i wydatków mamy prawo zabawić się ich kosztem, startujemy do rozmowy jeszcze przed otworzeniem drzwi. Na przykład, gdy rozlega się pierwszy dzwonek, mówimy głośno w korytarzu: „Kto może przychodzić z tak śmiertelną punktualnością?” Albo, gdy przychodzą zaproszeni na piątą, otwieramy drzwi w pidżamie: „O, Boże! To już szósta?!” Albo witamy zaproszonych słowami: „O, co za miła niespodzianka !” Ostatnio przyjął się zwyczaj przynoszenia gospodarzom kwiatów, czekoladek albo książek. Kwiaty, ma się rozumieć, pakujemy wszystkie, jak lecą, do jednego słoika aż się przewróci. Czekoladki, zapamiętujemy jakie i od kogo otrzymaliśmy, by przy najbliższej okazji dać ofiarodawcy takie same, ale w dwa razy większym pudełku. Książkę, którą gość jeszcze w korytarzu rozpakowuje i pewny efektu podsuwa nam pod nos ze słowami: „Nie wiem, czy to znasz…”, bierzemy w dwa palce mówiąc: „Oczywiście, znam na pamięć, a dlaczego pytasz?”

Ostrożne akcentowanie słów

Takie parafowanie nad sytuacją łatwiejsze jest w niezbyt licznym gronie. Mniejsze towarzystwo ma jeszcze tę zaletę, że daje każdemu więcej okazji do wypowiedzenia się i nie paraliżuje lękliwych.
Gdybyśmy reżyserowali towarzyskie spotkania, nie słyszałoby się takich dialogów, jak ten:
Mam dwa bilety do kina, pójdziesz? Chciałbym, ale muszę być u Bolków. Wynudzę się tam jak

zawsze.
To po co idziesz?
No wiesz…
Godzinę później spotykam obładowanego Bolka:
Biedaku! wołam robisz z siebie juczne zwierzę.
Tak, cholera. Zaprosiliśmy gości. Rozkurz nielichy i nuda.
To po co…?
No wiesz…
Na zakończenie tych uwag o sytuacji przesyłam uśmiech pokrewnej mi duszy (Hamilton), bo ja także: „Lubię rozmowę. Lubię muzykę. I lubię las. Ale nie lubię tych rzeczy na raz.”

Jak ją stworzyli?

Przede wszystkim dobierając gości, to znaczy zapraszając ludzi mających podobne zamiłowania i zainteresowania, ludzi, którzy będą wzajemnie podobać się sobie. Lubię opowiadanie o tym staruszku, który z uśmiechem patrzył na życie. „Mam tylko dwa zęby mawiał ale na szczęście spotykają się.” Otóż, dwie osoby, których umysły i temperamenty zazębiają się to miłe towarzystwo, ale dziesięć osób, które nie mają ze sobą nic wspólnego to … zęby, które się nie spotykają. Dalej gospodarz czuwa nad sytuacją: podsuwając tematy, które chwycą w tym towarzystwie, poddając ton, który zachęca do krzesania humoru, a nie dopuszczając do swarów;
taktownie uciszając gościa, który mówi agresywnie lub za dużo; dbając o zahukanych i nieśmiałych.

Czy jednak świetność przyjęcia nie zależy od menu?

Zależy. Zależy, gdy dla zaproszonych właśnie ono stanowi główną atrakcję. Ale jeśli zaproszeni nie są żarłokami? Aaa, wtedy panie popełniają błąd. Rozumiem ambicja: „Nie chcę wypaść gorzej niż Kowalscy, którzy dali kolację z sześciu dań, a na stół postawili wódki, wina i koniaki”. Ale jak nudno było u Kowalskich!.. Może zamiast podejmować licytację: kto da więcej?, spróbować innego współzawodnictwa: „u kogo będzie weselej i bardziej interesująco?” Bo przecież o to chodzi celem jest chyba zrobienie przyjemności zaproszonym. No i domownikom. Przy okazji ładne stare porzekadło: „Rozmowa ucieszna przy stole lada potrawy okrasi.” Osobiście najlepiej wspominam spotkania w domach, w których na stole były tylko orzechy i miód, albo herbata i domowa szarlotka, albo vermuth i krakersy, ale za to wokół stołu panowała serdeczna atmosfera, toczyła się interesująca i dowcipna rozmowa… Tę atmosferę i tę rozmowę zawdzięczaliśmy stworzonej przez gospodarzy sytuacji.

STWARZANIE SYTUACJI

W sytuacjach znajdujemy się, w sytuacje wpadamy, ale także sytuacje tworzymy. Na przykład podejmujemy gości. Śmieszne słowo „podejmować”. Sugeruje, że droga do udanego towarzyskiego spotkania obiadu, kolacji, imienin, jak kto chce wiedzie przez żołądek. Tysiące pań domu a przyłączają się do nich i panowie chcąc „godnie gości przyjąć”, psują sobie humor intensywnym lataniem po targach, wystawaniem po Delikatesach, dreptaniem w kuchni. Nic dziwnego, że gdy wybije wyznaczona godzina, zmordowana gospodyni nie ma ani ochoty, ani sił, aby zagaić rozmowę. Wnoszenie i wynoszenie naczyń absorbuje ją bez reszty. A przecież „…człowiek rozumny nie przychodzi na biesiadę, jakby był tylko garnkiem do napełniania, ale po to także, żeby użyć i poważnej rozmowy, i żartów, i posłuchać czegoś, i samemu opowiedzieć w towarzystwie coś stosownego w danych okolicznościach jeśli zebranie ma stanowić dla obecnych przyjemność.” (Plutarch).

Sama ocena sytuacji to mało

Trzeba jeszcze umieć dostosować do niej postępowanie. Nie zawsze i nie każdemu przychodzi to łatwo. Agatka, bohaterka poniższego dialogu, rozumiała sytuację, ale co z tego. Nie przeszkadzam ci, prawda? zwróciła się do Tatusia, który poprawiał zeszyty uczniów. Nie przeszkadzała mu już chyba od dłuuugich pięciu minut i koniecznie chciała, by to ocenił.

Nie przyznał Tatuś.
To mi podziękuj.
Dziękuję.
Ale porządnie.
Tatuś pocałował ją, ale czuła, że myśli o błędach w klasówkach.
Mamusia mówi, że to jest całowanie na byle zbyć… A kiedy pójdziemy na spacer?
Po południu..
A dlaczego nie teraz?
Bo teraz pracuję.
Kochasz swoją pracę?
Lubię.
” A mnie lubisz czy kochasz7
Kocham
Więc dlaczego… Agatka nabrała dużo tchu, by zadać pytanie, które, czuła to, byłoby triumfem jej logiki, ale Tatuś tak na nią spojrzał, że cały ten dech zmarnował się.

Szkła i szału

I posłałeś go do diabła?
Niezupełnie.
Ale się nie zgodziłeś?
Pprawie.
Toś głupi. Chyba wiesz, kogo ci sprowadzi.
Ttrochę wiem.

Coś ty taki „nniezupełnie”, „pprawie” i „ttrochę”. Charakteru nie masz, czy co? Pod wpływem takiej rozmowy, zwłaszcza tego „charakteru nie masz, czy co”, Janek zawiadomił Wacka, że … ma inne plany na wieczór. „Szkła i szału” u niego nie było. I kto wie, czy ta decyzja powzięta dzięki krótkiej i na pewno przez nikogo nie przemyśliwanej rozmowie telefonicznej nie była jedną z tych, które przesądzają o dalszych kolejach życia. Gdy jest się bardzo młodym, nawet jednorazowy ześlizg może stać się początkiem nawyku, który dalej będzie się ugruntowywał i opanuje człowieka na całe życie. Cechą zasadniczą powyższych rozmów była spontaniczność i przypadkowość, a jednak… Błądzi przeto, kto wzdycha: „Co ja mogę”… „nic nie znaczę… „szkoda słów”…